LAShTAL PRESS

O produkcji Rosa Mundi opowiada Artur Mieczkowski, redaktor techniczny Lashtal Press

28 X 2010. w skrzynce odbiorczej znajduję e-mail z tytułem „Rosa Mundi – do składu – właściwa wersja.” Nadawca: Krzysztof Azarewicz… Kolejna przygoda stoi otworem…

Jakiś czas wcześniej, wyczekiwane spotkanie z tłumaczami, przyjaciółmi (tudzież odwrotnie) w gdyńskiej kawiarence. Rozmowa bardzo szybko przechodzi na tor nowej książki, jakże by inaczej. Wysyp pomysłów, Anna Orzech jak z rękawa, Krzysztof Azarewicz podsyca, ja nieco hamuję gorączkę, przypominając o ograniczeniach technicznych. Wychodzimy, żegnamy się. W domu zaczynam układać plan, design, rysuję w swojej głowie, to co w magiczny sposób stanie się ciałem.

Kilka dni po otrzymaniu pliku zabieram się za skład. Pierwsze przymiarki, intensywna wymiana maili z Krzysztofem. Pierwsze kalkulacje w drukarni. Mamy punkt zaczepienia, jest adrenalina. Spoglądam na półkę z naszymi wydawnictwami. Czerwone, żółte, czarne, duże, małe, twarde oprawy, miękkie… Kłębiące się myśli i ekscytacja: gdzie postawić nowy krok?

Półkę niżej dostrzegam mały tomik poezji, wydany w latach 50. Czuję jakbym dostał obuchem w łeb! Natychmiast wysyłam e-maila do Krzysztofa o nowej formule wydania. Nie czekam na odpowiedź długo, jest zwięzła: „Świetny pomysł, zróbmy to!” Powstają nowe problemy techniczne, nowe kwestie związane z przygotowaniem okładki, pytania jak uniknąć błędu, jak wytłumaczyć nasze idee drukarzom, co bywa niejednokrotnie niebywałą sztuką związaną z najwyższym stopniem wtajemniczenia.

Nie zliczę mych wizyt w drukarni, spędzonych godzin z drukarzami (dzięki bogom, pełnych pozytywnej energii i swoistego rodzaju dowcipu). Widzę kolejne elementy nowej książki, wypełzają z maszyn, pośród jakże miłego zapachu farb drukarskich.

Gdynia, 16 XII 2010, -11 st. C. Dostaję pierwszy egz. do akceptacji… uginają się mi kolana, z radości! Piękna, jeszcze nie do końca doschła od kleju nowa książka Lashtal. Ciemno bordowe róże na okładce (rysunek autorstwa Azarewicza) przechodzące na wyklejkę, roztaczając kwietny widok na czerwonym tle.

Tym razem zrezygnowaliśmy z dotychczasowych pokryć płóciennych na rzecz prostej, surowej grubej tektury, spowitej wspomnianymi różami. Płótno pozostawiamy tylko na grzebiecie – utrzymuje ono cały szkielet książki i nadaje niesłychanie eleganckiego wyglądu. Wracamy do tradycji obwolut. Również i tym razem lekko kremowa, z czarnym “szkicem” Rose Kelly, do tego przepięknie wkomponowanymi tytułami w kolorze czerwieni. Wewnątrz zastosowany eko papier „alto”, który niesie słowa poezji Crowleya w iście bibliofilskim stylu.

Będąc podekscytowany, wstaję o 4 w nocy by napisać tą krótką notatkę, zapis prac z ostatnich dwóch miesięcy z jaskini Lastal Press i czekam na odbiór całego nakładu jak nigdy dotąd… Mam wrażenie, że otworzyliśmy nowe drzwi… Zatem dopinam i ten klucz do pęku pozostałych, zapraszając na ucztę.

Artur Mieczkowski